Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


drobnego rodzeństwa dawnoby z głodu umarła, gdyby nie Ania.
Choć więc wszyscy swym córkom surowo zabraniają wstępować w jej ślady, lubią ją jednak powszechnie. Ma lat 22, figlarne oczy, białe zęby, kształtną figurkę, drobne ręce i nogi, okrągłe ramiona, stan mocny i giętki, a buziak świeży, rumiany, nie dziw więc, iż wielu zwierza się jej pod sekretem, iż kochają ją więcej, niż kogokolwiek.
Ania siedziała na ławie, pod oknem, w jurcie starego Tarasa, dalekiego swego krewnego. Przyjechała tu umyślnie z domu, odległego o więcej niż sto wiorst, aby pomódz w szyciu wyprawy dla starszej jego córki.
— Trzeba przymierzyć! — zawołała, rzucając na ręce otaczających ją kobiet bogaty torbachani „sagyniak“[1].

Zawołano „Byczę“[2], która, zrzuciwszy pospiesznie swą świtę z krowiej skóry, zwykłą domową odzież Jakutek, przywdziała strój weselny. Torbachan piękny zwierz! Futro jego nieco wprawdzie drogie[3], ale za to jak pięknie błyszczy jedwabisty jego włos; jak cudnie mieni się na zgięciach fałd jasnym połyskiem i ciemnym, prawie czarnym w zagłębieniach. Jak wygląda lekko, delikatnie,

  1. „Sagyniak“ — odzież kobieca, uszyta z futra wywróconego sierścią na wierzch.
  2. Przezwisko.
  3. Na północy jakuckich siedzib niema torbachanów.