Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/251

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ojcze... ojczulku!... moje kwiatki... to zamiast lalki... pozwól im spać ze mną... — szczebiotało, zasypiając dziecko. Odszukał więc i położył obok niej na poduszce bukiet, związany gałgankami.
Koń był jeszcze zgrzany; nie mógł go więc nakarmić, musiał czekać aż zupełnie obeschnie. Biedne zwierzę, zmęczone i głodne, rżało cicho i błagalnie, gdy rzucał siano do okólnika.
Praca na chłodnem powietrzu orzeźwiła Aleksandra. Wieczór był cichy, rosa padała obficie. Purpurowa zorza zalała przejrzysty strop nieba, kładąc na wszystko gorące swe tony. Zapałały od nich i sina dal, i czarny las, i tumany ponad łąkami, i obłoki, nieruchomo wiszące nad przepaścią Ałdanu i lody w tej przepaści spiętrzone, łoskoczące niedawno, a teraz jakby nagłym snem zdjęte. Para kaczek przeleciała nad doliną i spadła w poblizkie zarośla. Myśliwskie ucho Aleksandra łowiło dolatujące stamtąd głosy; gęganie gęsi i stłumiony namiętny gwar innego ptactwa. Tam wody wiosenne tworzyły rok rocznie małe jeziorko, gęsto zarosłe łoziną — ulubione miejsce noclegu wędrownego ptactwa.
Po chwili wahania uchwycił za broń i ruszył nad wody. Miał on tam myśliwską kryjówkę — ogromną tarczę z rozczochranych korzeni drzewa, przyniesionego przez wielki wylew wody. Podkradłszy się cicho, siedział osłonięty ich cieniem, ale nic nie mógł dostrzedz prócz czarnej powierz-