Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Albo ja wiem! — odrzekł obojętnie Kostia, nie patrząc nawet we wskazanym kierunku — sam sobie pewnie zrobił!
Książę zamilkł i wyjąwszy nóż, zeskrobał nim na czole i twarzy kroplami osiadły pot.
— A dlaczego ty ruszasz jego żonę! — zapytał niezwykle surowym tonem.
— Ruszasz... — przedrzeźniał Kostia i przystąpiwszy bliżej, — chłop jestem — krzyknął — i ruszam... — i tak uderzył pięścią w stół, że ten aż jęknął i trząsł gdzieś.
Książę pobladł i odsunął się nieco.
— Ty się nie gniewaj — rzekł łagodniej — a powiedz jak i co... poproś gminę... gmina ci nie odmówi i da, ale inną kobietę. Ta kobieta ma już człowieka.
— A jeżeli ja innej nie chcę?
Książę zamilkł i otarł pot z czoła.
— A ty ot lepiej spytaj, jak mię karmią, co mi dają?... — zawołał gwałtownie Kostia. — Sorat i sorat... Czy ja cielę, czy co? Tfu! Do stu dyabłów! Toć to tu gorzej, niż w kopalniach, niż w katordze... Świnie wy wszyscy i basta... Chcesz z nimi żyć po ludzku, a oni... Ja was... — i energicznym zamachem przesunął kułak tak blizko nosa księcia, iż ten cofnął się, spoglądając z ukosa na wiszący u boku Chajłacha nóż.
— Czegóż ty się na mnie gniewasz? Cóż ja ci zrobiłem złego? — rzekł książę łagodnie. — Ot!