Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lepiej zabierz się i pojedziemy tam, gdzie ci dadzą mięsa i wszystkiego...
Kostia odwrócił się doń tyłem.
— Wszyscy wy jednakiej wiary... Gadaj sobie... A mięso przywieź tu... Tu mi dobrze! Nie pojadę! — odrzekł.
— Jakże, nie pojedziesz? Termin się skończył... My już zrobiliśmy rozkład powinności, ty nam zepsujesz rachunki... Umieścimy cię teraz u dobrego człowieka!...
Kostia milczał, nie obracając się nawet, umilkł więc i książę, a posiedziawszy w zamyśleniu chwil kilka, zaczął zbierać się w drogę.
— Do widzenia, nucza! — rzekł zatrzymując się przed Kostią. — Przestań więc, bo to nie ładnie! A ty Chabdżij staraj się: pokarm dawaj porządny i w niczem nie sprzeciwiaj się panu! — rozkazywał groźnie Jakutowi, okiem zaś dawał mu znać, by udał się za nim.
— A ty nie odjeżdżasz? — spytał Kostia robotnika księcia, widząc go powracającego z Chabdżijem do chaty.
— Ja nie stamtąd, a stąd — wymijająco rzekł Jakut.
— Łżesz!... przecież ja widziałem ciebie u księcia.
Jakut zająknął się i udał, że nie rozumie.
— Spirydyjon Winokurów!
— Dureń jesteś! — rzekł z pogardą Kostia, splunął i odszedł.