Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Było już bardzo późno, ale Jakuci nie myśleli kłaść się spać.
Keremes, przystawiwszy do ognia czajniki i kotły, udała się wraz z mężem do głównej spiżarni, niewielkiej, czworokątnej budowli, stojącej nieco na uboczu.
— Jutro będziemy mieli dużo gości!... Jutro wezmą Chajłacha... — mówił Chabdżij, wynosząc z kątów resztki ocalałej żywności. — Niegdyś byłem bogaty, a teraz jak tu wszystkiego mało... aż wstyd! Goście będą głodni!
Keremes objęła męża wpół rękami.
— Znowu będziemy bogaci! Bóg da. On pójdzie... a ty wszystko zapomnisz? Wszystko?... — przez łzy szeptała kobieta, tuląc się do niego.
O tak zapomną o przeszłości i będą żyć jak dawniej.
Roili jak małe dzieci, nie wiedząc, że przeszłość nie znika. Nie! Oni uciekną stąd w góry do Tunguzów, będą włóczyć się z nimi po lasach, tamtych przynajmniej nikt nie zmusza żyć z przybyszami.
Chajłach stał na progu i widział przez otwarte drzwi, jak tlejące łuczywo błądziło z kąta w kąt po spiżarni. Światełko migało w ciemnościach jak gwiazdka, przedzierając się na zewnątrz przez szpary źle dopasowanych ścian budynku.
— Coś wyprzątają?... Coś knują, knują niezawodnie! — I twarz zbója poczerwieniała, a oczy