Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zgubione, zawrócił ku zagrodzie Jakuta. Robotnika i konia wziął też ze sobą na wszelki wypadek.
Wkrótce ujrzeli snop iskier, wylatujący z komina jurty.
Pierwszą rzeczą, którą zobaczyli, wchodząc do izby, była czerwona szyja i szerokie plecy grzejącego się przed ogniem Chajłacha. Ponuro a bacznie przyglądał im się, gdy, stojąc po środku izby, bili pokłony i czynili znaki krzyża przed obrazami świętych.
— Jak się masz, nucza — rzekł uprzejmie książę, podając mu rękę.
Chajłach od niechcenia wyciągnął dwa palce.
— Co porabiasz? Co wiesz? Czy dobrze ci tu? — pytał z westchnieniem nieco zmieszany urzędnik gminy, siadając na ławie.
— Nie!... — odrzekł Kostia — a ty po coś przyjechał? co wiesz?
Książę odchrząknął.
— Wy tu, podobno, pobiliście się z gospodarzem!... Posłuchajno... dlaczego ty go bijesz? ty nie masz prawa... ty powinieneś się poskarżyć!...
— Komu?
— Mnie!...
— A ty kto taki? Taki sam Jakut jak i on!... Kruk krukowi oka nie wykole!... zresztą nieprawda, ja go zupełnie nie biłem!...
— A to co? — spytał książę, pokazując na posinioną twarz Chabdżija.