Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


do Jakuta, zapalając fajkę. Książę był to krępy, szpakowaty mężczyzna o surowej, nieco dumnej twarzy.
— Każdy człowiek! — zaczął skarżący się głosem byłego dziesiętnika, lecz nagle, zapominając o swojej wymowie, schylił się do nóg księcia i obejmując je wybuchnął:
— Ja zazdrosny!... zazdrosny!... zazdrosny!... o weź go... weź!
Książę więcej zdziwiony, niż wzruszony, odepchnął go.
— Powiedz porządnie! Czego trzeba? — pytał.
— Weź go!...
— Kogo?
Chabdżij wskazał na dom.
— Jego!...
Książę pokręcił głową.
— Chajłach kocha jego żonę — objaśnił parobczak księcia.
Książę zamyślił się.
— Cóż on zrobi? Każdemu zdarza się nieszczęście. Niech pocierpi! Pozostało przecież już niewiele dni do końca. Za parę dni odbiorą od niego Chajłacha.
Lecz gdy Chabdżij, uspokoiwszy się wreszcie opowiedział mu wszystko jak było, książę postanowił pojechać do niego. Rozkazał więc robotnikowi zdjąć z koni juki i, położywszy na każdej z nich trzy zielone gałęzie na krzyż, na znak, że nie są