Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Odprowadziły go do wrót i stały, patrząc, jak szedł ze spuszczoną głową.
Wieczór zbliżał się, słońce nie zaszło jeszcze, lecz ukryte za lasem mało dawało światła, a na ścieżce panował gęsty zmrok. Gdzieniegdzie tylko poprzez gałęzie strzelał złoty promień słońca.
Chabdżij szedł, co chwila potykając się o korzenie, niekiedy zatrzymywał się i wypoczywał, spoglądając tęskno w dal.
— Ach gdyby Bóg dał spotkać księcia!
Lecz księcia nie było widać nigdzie.
Już zupełnie stracił nadzieję ujrzenia go, gdy na skręcie ścieżki, prowadzącej do jego domu, ukazali się dwaj jeźdźcy, w których poznał natychmiast księcia i jego robotnika. Za sobą prowadzili konia, obciążonego kośćmi.
Chabdżij zatrzymał się. Książę[1] zrównawszy się z nim, przystanął i pochyliwszy się na siodle, zapytał:
— Co nowego? Skąd i po co idzie i co mu potrzeba?
A domyślając się, że sprawa Chabdżija musi być ważną, zlazł z konia i puściwszy go na trawę, siadł na ziemi.

— Opowiedz od początku, jak było — rzekł

  1. Jest to urząd obieralny i odpowiada naszemu wójtowi gminy, dostaje się on zazwyczaj najbogatszym i najwięcej wpływowym.