Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kobiety spojrzały po sobie i zrozumiały. Obrzuciły Chajłacha przekleństwem i lamentowały, kiwając głowami i wykrzykując:
— Wszyscy oni tacy ci przybysze z południa! I po kiego dyabła ich tu przysyłają? Za co nas karzą? Za co? Za jakie grzechy? Niechby już sobie siedzieli, tam gdzie nabroili.
— Prawo! takie już prawo! — rzekła smętnie stara, ledwie nie stuletnia ich matka — prawo! — Umilkły więc, ogarnięte mistycznym strachem przed tą tajemniczą, dziwną istotą, mającą kształt zadrukowanego papieru, a tak żywą i potężną, że może sprawiać ludziom bardzo wiele cierpień i boleści. Wiedziały one, że dość było tego jednego słowa, aby mężowie ich opuszczali głowy ze drżeniem... Kto wie, co tam nadrukowano w tych książkach? Może tak być powinno?
— Ale też i Keremes, ktoby się spodział? A więc ją złapał?... — pytały natrętnie Chabdżija. — Jak to było? Jak to było? Niech opowie. Czy dawno?
Lecz Jakut, pod wpływem jakiejś upartej myśli, niespokojnie obracał w ręku czapkę, którą mu tak niedawno uszyła Keremes! Niedawno! o jakżeż to było dawno! Jak dawno. I już nigdy nie wróci!...
Chabdżij zerwał się i zaczął żegnać...
— Idzie więc! Księcia czekać nie będzie? — pytały kobiety.
— Nie!