Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ten milczał, lecz filiżankę wziął wtedy, gdy ją Keremes postawiła na stole.
Jakutka łkała, zanurzywszy głowę w poduszki, Chajłach śmiał się.
— Wierz jej, babskie łzy, to rosa poranna...
Lecz Chabdżijowi zrobiło się nagle niewymownie żal żony i niedopiwszy herbaty schwycił czapkę i wybiegł z jurty.
— Idź! idź! do księcia... skarżyć... — szydził Kostia — a świadków! świadków nie zapomnij wziąć z sobą... świadków!...
Chabdżij rzeczywiście poszedł do księcia. Głodny, obdarty, zbity wlókł się te kilka oddzielających go odeń wiorst, Bóg wie jak długo. Matka, żona i siostra księcia, gdy wszedł do chaty krzyknęły, nie poznawszy go, tak był zmieniony cierpieniem. Samego księcia nie było w domu. Jeszcze wczoraj pojechał z robotnikami po znalezioną przez siebie w pobliżu kość mamutową.
— Dziś zapewne będzie z powrotem. Niech więc zaczeka. Lecz co to za sprawa tak ważna i pilna i co takiego ma na twarzy? — pytały otoczywszy go kobiety.
Jakut bąkał coś niewyraźnie, lecz ugłaskany i nakarmiony, wybuchnął nagle bolesną skargą.
Opowiedział im nocną scenę, zamilczawszy o jej przyczynie i końcu i połykając łzy ciekące jak groch po twarzy, pokazywał sińce i ślady razów na ciele.