Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Werr! wrr...
Jakut zerwał się drżący z pianą na ustach.
— Bryś! — krzyknął pobladły zbój. Cofnął się krok w tył i chwycił za nóż.
Tym razem musiał sam postawić czajniki i zaparzyć herbaty; mleka i masła przynieść kazał Jakutce, a rozkazał tak groźnie, iż ta nie ośmieliła się nie usłuchać.
Życie zaczynało wracać do zwykłego trybu, Keremes wydoiła krowy, Chabdżij podniósł się z ziemi i odział.
— Ty tak nie patrz na mnie, jakbyś mię chciał zjeść, ale lepiej napij się herbaty — mówił mu z uśmiechem Kostia. — Nauczyłem cię troszeczkę rozumu i nic więcej! I o co to wszystko! o co? O jedną babę! Tfu! Pluń na to! Ty myślisz, że ona mnie jednego kochała! Nie wierz!... miała ona już na pewno tysiące kochanków! Wierz mi, iż każda baba myśli tylko jakby męża oszukać! Czyż nie ona pierwsza zaczepiła mię?...
— Łżesz! łżesz! Zabij mię, ale łżesz! — krzyknęła, zalewając się łzami Keremes. — Tyś mię wziął przemocą! — Te... te... te — odrzekł flegmatycznie Kostia. — A kto wypędzał męża wieczorem do lasu po krowy, żeby zostać sam na sam ze mną?
Keremes zamilkła ugodzona w samo serce.
— I ty mu wierzysz? Wierzysz? — pytała gorąco męża, podając mu nalaną filiżankę herbaty.