Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ostrożnie!.. — krzyknął mimowoli Aleksander. Wydało mu się, że przebiją deskę i ostrymi kawałkami lodu ugodzą w twarz i ciało Julii.
— Uspokój się, cudzoziemcze!... Ludzie przecie jesteśmy... w Boga wierzymy... Przykryliśmy balami, jak się należy... Spać będzie twa nieboszczka niby w kołysce...
Zręcznemi i zgodnemi uderzeniami szybko zasypali dół, i zwrócili się do Aleksandra, który stał jak odurzony.
— Cudzoziemcze... panie... chodź!... idziemy... śpiesz się... Grzech!... nie oglądaj się nazad!... — krzyczeli, spuszczając się ze wzgórza i w biegu łamiąc łopaty. Aleksander postąpił kilka kroków za nimi, lecz nagle wstrzymał się i zawrócił...
Słońce podniosło się jaskrawe, promienne. W chwili, gdy odrywało się od horyzontu, z obu stron ukazały się dwa tęczowe jego widma. W powietrzu unosił się delikatny pył lodowatych igiełek — pozostałość wczorajszej zamieci. Żałobnie wyglądały lasy czarne, przez wiatr obdrapane. Śniegi dokoła były zdeptane. Na płaszczyźnie jezior i łąk wiatr wydął fale zmarszczek, podobnych do wzburzonych wód. — Na stokach wzgórków, wpośród krzewów, u przeszkód, które zmieniły kierunek wichury, piętrzyły się ogromne wydmy i zawały. Miejscami rozcinały je wązkie, niby pługiem rozryte wydmuchy. Ich wierzchy i krawędzie dy-