Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Chcę! — szepnęła po chwili.
W len sposób znowu zawiązała się przyjaźń między nimi.
Pogrzeb miał się odbyć nazajutrz. Wskutek zasp, utworzonych przez zamieć, nie można było trumny powieźć na saniach. Jakuci zawiesili ją na długiej żerdzi na sznurach i ponieśli na ramionach. Miejscami śnieg był po kolana, potykali się i przerzucali drąg z ramienia na ramię. Trumna kołysała się strasznie. Aleksander, idąc za nią z łopatami, słyszał jak ciało umarłej tłukło się w jej wnętrzu. Nareszcie dobrnęli do wzgórka pod lasem, gdzie było cmentarzysko; trochę drewnianych płyt i krzyży grobowych pod śniegiem, a na uboczu wązki, głęboki, świeżo wykopany dół... Ostrożnie, pokrzykując i udzielając sobie rad, zaczęli Jakuci spuszczać trumnę. Aleksander chciał ją otworzyć — by raz jeszcze zobaczyć twarz zmarłej, ale Jakuci oparli się temu stanowczo.
— Co chcesz z nami zrobić, cudzoziemcze?... Przecie i my mamy żony i dzieci!... Nikt nie sprowadza na siebie nagłego nieszczęścia!... Otwieraj sobie, jeżeli chcesz, ale my odejdziemy... Nie wypuszcza się tego, co już raz zamknięte... Sam trumny do dołu nie spuścisz, więc zostanie do wiosny!...
Był pewien, że spełnią pogróżkę.
Spuścili ją w dół i spiesznie zaczęli zasypywać bryłami zamarzłej ziemi, które z głuchym łoskotem rozbijały się o wieko trumny.