Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


miły się z lekka: tam pełzał konający wietrzyk i zdmuchiwał puder z niedość ubitych śniegów.
Na podwórzu, przy jurcie, przekroczywszy przez ogień, zgromadzili się Jakuci i ostrożnie, z poza dymu spoglądali z trwogą na czarny punkt, widniejący na wzgórku.