Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


było iść koniecznie, a jakaś paląca myśl jak błyskawica przeleciała mu przez mózg i uderzyła prosto w serce. Wyszedł, lecz natychmiast prawie wrócił i usiadł w izbie, wpatrując się podejrzliwie w przybysza i żonę.
Keremes zbladła jak płótno.
Kostia zaczął się skarżyć na ból głowy i cały dzień przeleżał na ławie, wróciła więc Chabdżijowi wesołość. Nie poszedł jednak w pole, ale siedząc przed ogniem, wyrzynał z drzewa łyżkę, która była wprawdzie użyteczna, lecz niekoniecznie potrzebna. Nazajutrz także nie poszedł, dłubał tylko coś około domu, pilne dając na przybysza baczenie.
Kostia wściekał się. Wyzdrowiał zupełnie z wczorajszej choroby i począł dawną gonitwę za tą kobietą, tak upragnioną a tak nieujętą.
Przestał już nawet ukrywać się, ścigając ją przy mężu, przy odwiedzających sąsiadach, przy wszystkich, natrętnemi, palącemi spojrzeniami.
Keremes truchlała i stawała się jeszcze słodszą, potulniejszą i pracowitszą, niż zwykle. Chabdżij kochał ją, jak nigdy, choć czuł, iż działo się coś, co go przejmowało niepokojem.
Zdybać ją samą, — udawało się Kostii coraz rzadziej.
— Głupia!... Dlaczego mię nie kochasz... chcesz pieniędzy? Masz! Kupię ci pierścionków! Kupię ci chustę... Dam tytoniu!... Uściśnij, ucałuj! — mówił gwałtownie, gdy nareszcie, po wielu wybiegach