Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/273

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stwa: niedużą, ze wszech stron zacienioną łachę. Otaczał ją gąszcz wysokiej, prostej jak bambusy łoziny, tworząc wianek z platynowe szarej, kędzierzawej zieleni ich czubów, który w głębi wód ciemnym odbijał się obrazem. Nad łoziną, na brzegu, gdzie wyżej i suszej, szumiały gałęziami złotawo-zielone modrzewie i strzelały tu i ówdzie ostre, prawie czarne wierzchołki syberyjskich jodeł. Srebrzysta wstęga wąziutkiego odpływu łączyła zatokę z rzeką, odsłaniając siną dal i ogromną, szarą płaszczyznę wiecznie ruchliwej wody. W zatoce zawsze panował spokój, którego nie mogła zamącić nawet burza szamocząca gałęziami strzegącej ją gęstwiny; do środka zaglądał tylko błękit nieba, słońce i księżyc. W świetlanych tych smugach lubiły drzemać potworne ryby, żarłoczne tajmenie i szczupaki, snuły się roje migocących srebrnemi łuskami, ruchliwych łososi, modra ostro-nosa sterlet podpływała do brzegu i wysuwając pyszczek swój, do macki podobny, zbierała glisty, robaczki i wpadłe do wody korzonki. Tu wodne męty opadały najwcześniej, a powódź najpóźniej przynosiła swe brudy. Miejsce było bardzo dla rybołówstwa dogodne.
Sieci miał pięć. Trzy w dzień zarzucał, dwie suszył. Ryby łapać nauczył się od krajowców, tak jak i wszystkiego, co umiał praktycznie. W rzeczach nieznanych doświadczenie kazało mu trzymać się rutyny. Więc do czasu przyjął na wiarę