Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/272

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


koczować z całym domem. Na jesień wrócę... obaczysz, wrócę...
Lecz widocznem było z niektórych rzeczy, że Jakut wrócić nie zamierzał. Zabrał nietylko ramy okienne, obciągnięte pęcherzem, ale i drzwi, z desek sklecone.
Po jego wyjeździe wyludniło się dokoła Aleksandra w promieniu kilku wiorst. Mijały tygodnie, że nie widzieli z Zosią ludzkich twarzy, gdyż czas był roboczy i przechodnie pojawiali się nadzwyczaj rzadko.
— Bądź grzeczna, Zosiu! Wszyscy wrócą, konia kupimy i Majka przyjdzie bawić się z tobą. Bądź tylko cierpliwa i nie dokuczaj mi! — uspakajał marudzącą dziewczynkę.
Siana skosił tyle, ile znalazł w pobliżu domu. Nie mógł oddalać się z domu na długo, a dziecka brać w las lub na łąkę nie pozwalały upał i komary. Słońce paliło niemiłosiernie; ziemia kurczyła się i pękała od jego promieni; w lasach było nie do wytrzymania duszno, — żywica występowała obficie i sączyła się po korze drzew, przepełniając powietrze upajającą wonią. Wszystko szukało cienia, w południe kryły się nawet owady. Woda w Ałdanie to opadała, to wznosiła się, zależnie od śniegów, tających w górach. U brzegów, gdzie woda cicha i ciepła — gromadnie żerowały ryby. Aleksander zajął się skrzętnie ich połowem. Miał niedaleko, o wiorstę, miejsce dogodne dla rybołów-