Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/271

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przeszukali las, zrobili rewizyę u kilku sąsiadów i nie wykryli najmniejszego śladu. Wszyscy się oburzali i wreszcie zgodnie napadli na Żabie Oko.
— On, nikt inny tylko on. Posłuchaj, Liksandra — on! On twój najbliższy sąsiad.
— Ptak nie przeleci, żeby Jakut nie zauważył go, cóż dopiero koń... — dowodził Tus. — Myślę, że koń nie mniejszy od ptaka.
Żabie Oko wypierał się, wyprzysięgał.
— Darmo wypierasz się, stary! Kto ci uwierzy?... Gębę lepiej wytrzyj, gdyż świeci się od końskiego sadła!...
— Mówiłem ci dawno, wynoś się stąd. Na co czekasz?.. krzyknął na niego książę.
— Przecie koń nie tutaj chodził.
Aleksander słuchał w milczeniu tych sporów.
— Zapłacicie mi za konia! Nie zapomnę ja wam tego... — rzucił gniewnie.
— Czy podobna zapomnieć?... Koń taki był ukochany, jak dziecko, wszyscy o tem wiemy... Niech płaci... On zapłaci, nikt inny!... wskazywali palcami Żabie Oko.
W kilka dni potem Aleksander zobaczył Żabie Oko ładującego swoje manatki. Pobiegł więc tam zaraz, ale daremnie perswadował mu i tłómaczył.
— Nie posądzam cię ani trochę. Zostań, proszę!
— Ty nie posądzasz, ale oni co zechcą, to zrobią!... A zresztą ja nie dlatego, ale... czas kosić siano. Mam łąki daleko na wyspach i muszę wy-