Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/289

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nakarmij stary, jestem bardzo głodny! — Mój Boże, taki pan! taki łowiec! Dawno nie jadłeś? Toj, podaj sąsiadowi misę mleka... Niech pije! Zbrakło i nam pokarmu: przerwał się połów na rzece, a na jezioro chodzić nie można — sianożęcie! Czasu nie starczy... Ale zawsze bydło mamy... Wielka to pomoc bydło... Głodujemy, ale nie umieramy!
— Sprzedacie mi, spodziewam się, trochę mleka i masła.
— Sprzedać?...
Stary zamyślił się.
— Dlaczego nie sprzedać?... Możnaby sprzedać, ale... niema! Zakazano sprzedawać. Gromada kazała odsyłać cię ze wszystkiem do księcia... Idź do niego; po co masz kupować? on ci darmo da. Nie możemy nie słuchać. Za byka wtedy co ja miałem, aj! aj! Nie uwierzyli, że przemocą wziąłeś.
— Nie uwierzyli, a w skardze napisali. A ty pozwoliłeś!
Stary się zmieszał.
— Cóż miałem robić? Pisarz skargę pisał. Cóż ja mogłem zrobić? Alboż wiedziałem, co napisał? Jestem, jak wiesz, niepiśmienny.
— Dobrze, dobrze! Mniejsza z tem. Lecz nie odejdę stąd bez jadła!
— Cóż, siedź! Izba duża, kąta nie ubędzie. Siedź, a tylko ja słuchać muszę... Idź do księcia. Ja nic nie poradzę, jak inni, tak i ja... podwładny jestem...