Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/290

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Mrugnął znacząco i głową wskazai na wychodzącego robotnika.
— Do księcia daleko. Nie mam gdzie córki zostawić. Żabie oko wyprowadził się.
— I to prawda... Ale sprzedać nie możemy...
— Więc pożycz lub podaruj trochę...
Jakut zamyślił się.
— Nie... niema!... Poradzę ci: jutro córkę przynieś do nas, a sam idź do księcia. Będziesz miał wszystko... Tak myślę!
Aleksander brwi zmarszczył i zdawał się rozważać.
— Zgoda! — rzekł, westchnął i podniósł się. Był może z dziesięć kroków za wrotami, gdy z za węgła wyskoczyła Toj z wiaderkiem.
— Bierz, Liksandra, bierz, tylko nie gadaj! Wiaderko zwróć, nie połam...
Nim spostrzegł, co było w naczyniu, dziewczyna uciekła. Przyniosła mu trochę kwaśnego mleka — „sorat“ i kawałek żółtego masła.
Przed chwilą czuł wielkie rozżalenie, teraz mu coś w duszy pękło i oczy napełniły się łzami. Chciał oddać datek, chciał go powiesić na słupie u wrót, ale się rozmyślił i zabrał.
— Dobra dziewczyna!...
W nadziei upolowania kaczki, którą Zosi obiecał wybrał się z powrotem inną drogą, do okoła jeziora, okrągłego jak talerz. Obszerne, czarne zwierciadło wody stało puste i nieruchome w zie-