Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/291

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lonej oprawie szuwarów. Coś tam pluskało się w sitowiu, lecz milkło, skoro Aleksander się przybliżał. Próbował straszyć tyczką, ale chowało się jeszcze głębiej. Czas upływał na daremnych wysiłkach. Wreszcie kilka jakichś głupszych widocznie kacząt wysunęło się na gładką wodę, ale na widok głowy Aleksandra, wznoszącej się nad trawami, dały napowrót nurka w gęstwinę. Pozostało jedno tylko pisklę, które tak bardzo kwiliło i tak było małe, że Aleksander pożałował naboju. Tymczasem starka wypłynęła na kraj sitowia i ostrożnie głosem i ruchem starała się pisklę przywabić. Podpełznął nieznacznie ku niej, wlazł na pień powalonego drzewa, przygotował broń i chrząknął. — Cisza, poczem dał się słyszeć słaby plusk, trwożne, cichutkie kwakanie i stara kaczka wypłynęła cokolwiek dalej na wody; zatrzymała się i, wyciągnąwszy szyję, zaczęła uważnie to jednem okiem, to drugiem oglądać brzeg. W tej chwili rozległ się strzał i ptak z przeraźliwym krzykiem nizko poleciał nad wodą. Aleksander powtórnie strzelił w lot. Kaczka spadła, ale nie przewróciła się: pływała, kwacząc żałośnie, bijąc złamanem skrzydłem i oglądając się na dzieci. Te śpiesznie płynęły do niej zbite w gromadkę, po szyję pogrążone w wodzie. Aleksander nabił broń i jeszcze raz wystrzelił. Tym razem wywróciła się i rozpostarła skrzydła.
— Wiwat! Będzie obiad, jakiego Zosia już dawno nie miała!