Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/292

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Czapkę zdjął, na czapce broń kurkami położył i zaczął pośpiesznie się rozbierać. Teraz dostrzegł dopiero zaszłe w dolinie zmiany.
Znikła mgła, ale niebo choć czyste, miało brzydki stalowy połysk. Po nim od wschodu toczyły się kłębuszki kędzierzawych, czarnych jak smoła obłoczków. W pogoni za nimi leciały palące podmuchy wiatru. Z za gór, miedzianą piersią opierając się o ich szczyty, podnosiła się potworna czarno-ruda chmura. Dokoła niej uwijały się stada strzępiastych obłoków, a ona wyciągała kosmate łapy, jak gdyby chciała wszystkie je zagarnąć i w siebie wchłonąć. Leciała ku słońcu! Na cały widnokrąg rozpuściła skrzydła, a za nią cień siny biegł po ziemi, przykrywał góry, lasy, łąki i wody. Ogarnęła już pół nieba i pół ziemi, i spotkała się nakoniec z promieniami zachodzącego słońca. Na rozczochranej jej grzywie błysnęła szeroka tęczowa przepaska, wybiegające z pod niej sploty wiatr szarpał i rozdymał, aż deszcz spadł zasłoną na zasępione oblicze burzy i stopił w jedno cień ziemi i nieba. Niby gniewu spojrzenia przelatywały po niej błyskawice; grzmot przybliżał się, rósł, potężniał.
Umilkło ptactwo, woda jeziora jakby zmartwiała, szuwary stały osłupiałe, z głębin lasu płynęły upalne wonie. — Nawałnica przybliżała się, pomrukując groźnie. Przed nią uciekał orzeł z rozpiętymi skrzydłami. Długo migotał w słońcu jak