Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


siedziała zafrasowana Keremes. Kostia czas jakiś stał przed ogniem i patrzał na nią z podełba posępnie, hamując gwałtowne wzruszenie, wstrząsające nim.
— Jestem głodny! Gospodyni, przynieś jadła! — rzekł wreszcie, odwracając się.
Uderzona jego zmienionym głosom, Keremes nie ruszyła się z miejsca.
— Czy słyszysz? Jeść chcę! Masła! — krzyknął, tupnąwszy nogą.
Jakutka wzięła drewnianą miskę i wyszła, po chwili udał się za nią i Kostia. Kobieta odgadła jego obecność po cieniu, który mignął nad otworem do piwnicy i długo zwlekała z ukazaniem się. Kostia czekał chmurny, szalejący. Wyszła wreszcie, trzymając pełną misę masła i drżąca, nie śmiejąc spojrzeć w twarz Chajłacha, siadła u drzwi piwnicy. Ten czekał, patrząc jak wolno układała kawały kory na otworze ich, lecz gdy podniósłszy się próbowała niepostrzeżenie przemknąć mimo, chwycił ją za ramię i objąwszy, próbował przewrócić na ziemię.
Słońce wyjrzało niespodzianie z po za chmur i oświeciło okolicę. Obszerna, otaczająca dom łąka, poblizkie jezioro, zielona „tajga“ z widniejącemi w jej przełomach drożynami, zabłysły nagle wśród rozproszonych mgieł, jasne, nagie, otwarte... Ogarnięta wstydem kobieta, odepchnęła Kostię i pobiegła ku domowi.
— Co rok Tunguz przychodził i prosił o córkę,