Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wstał niezwykle zły i ponury. Przy śniadaniu pokłócił się z gospodarzem o jadło, a choć później zmiękł nieco i dał się przeprosić, to jednak zachmurzona jego twarz kazała się domyślać, iż się jeszcze o coś gniewał.
— Czy nie pójdziesz czasem do księcia? — spytał go Jakut jak można najuprzejmiej, zdejmując z kołka uzdeczkę.
— Nie! Albo co?
— Bo ja jadę! Święto, więc na pewno zastanę go w domu. Książę lubi gości, przyjąłby cię, jak należy... Prócz tego tam dziś zebranie i ty mógłbyś... — dodał Jakut nieśmiało podnosząc nań oczy...
— Nie!... — szorstko przerwał Kostia, Po twarzy Jakuta przemknął cień, dodał więc łagodniej: — Chory jestem... szkoda, że jechać nie mogę. Głowa mię boli, a od jazdy rozbolałaby więcej... — Odszedł od ognia, przed którym stał i położył się na posłaniu.
— Śpi? — zapytał wchodząc po chwili Chabdżij.
Lecz Kostia nie spał, a bacznie śledził za nim, i gdy według jego obliczeń Jakut powinien już był odjechać, wstał nagle i wyszedł.
We drzwiach zetknął się z wracającą Keremes, usunęła mu się z drogi, tuląc się do ściany. Deszcz przestał padać, lecz było chmurno i zimno.
Sprawdziwszy więc, że Chabdżija i jego konia rzeczywiście już nie było, Kostia wrócił do izby.
Upacza opowiadała o jakimś Tunguzie, obok niej