Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cił... Ot jakie bydlę!... A jeszcze komedye — z zwrastającem rozdrażnieniem opowiadał zasiedatiel. — Nim zabił, ofiarom do ziemi się kłaniał: „Wybaczcie, powiada, że niewinnie giniecie!“ A teraz wykręca się: od zimna, od drżenia wnętrzności zabiłem!... Skargę podawał na mnie do gubernatora, że bronię i ukrywam Jakutów, że ci grozili niby wyciąć wszystkich zesłańców w tej miejscowości; że on uciekł ze strachu; że Tatarzy nie spłonęli, a spalono ich... Czego tylko im naplótł... Rozumie się, głupstwo, nic nie zrobi...
Aleksander z przerażeniem wpatrywał się w twarz mordercy. Wydawał się obojętny: tylko ostatnie wyrazy urzędnika rozpaliły jakieś błyski w zielonawych źrenicach.
— Wyprowadzić go!...
Zadzwoniły kajdany i, popychany przez Jakutów, więzień wyszedł.
— Kanalia!... Oto jakie nasze życie! Nic nie wiesz, myślisz, żeś wszystko skończył i załatwił... Otóż nie!... Wyskoczy z pewnością jakiś figiel... Ile już razy w tym roku byłem tutaj z powodu tych kanalii!... A czyż my ich tu wysyłamy? I myśmy ludzie! Całą pensyę w drodze wydaję... Wielkanoc spędziłem poza domem, bez żony, bez dzieci... I poco?... Umarli, zniknęli... co komu z tego, że dowie się: jak i co?... Czy zmartwychwstaną? Prawda, znaleźli rzeczy; Pałkin wskazał ludzi... Dobrze, zgoda!... — zaczął zupełnie już cicho. —