Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/208

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Czyż trudno splątać dzikiego Jakuta?... Sami się plączą... Rozpędzić i zrujnować gminę całą? A któż będzie płacił podatki?... I poco? jaki zysk?... Cóż, Aleksandrze Iwanowiczu, podpisuj pan! — zakończył, podsuwane Aleksandrowi protokół: „Jana Pałkina widziałem, ale z powodu ciasnoty miejsca noclegu odmówiłem“. — Imię i nazwisko... Hej, obiad dawać!... Panowie, spodziewam się, zjecie zemną obiad.
— Czy nie możnaby czasem, Inocenty Wasiliewiczu, i mojej sprawy dziś załatwić?... o ziemię — rzekł Aleksander, siadając do stołu.
Zasiedatiel nalał mu kieliszek wódki.
— Moja rada, rzuć pan to! Wiem, że położenie wasze trudne, nawet do pewnego stopnia ciężkie, ale... krajowcy bardzo rozdrażnieni!... Nie radzę... Obiecują w zamian, że powiększą zapomogę... Wszyscy będą zadowoleni... Powody skarg zostaną usunięte — powiększą panu datek.
Twarz Aleksandra, pochylona nad talerzem, oblała się rumieńcem.
— Nie o to chodzi. Przeciwnie: ja chcę wyrzec się zupełnie jakuckiej zapomogi. Żądam stanowczo ziemi. Pisano mi z miasta, że pan masz na to odpowiednie rozporządzenie naczelnika okręgu.
— Tak! Więc zatem, urzędownie, — rzekł oschle. — Dobrze! Kniaź! gdzie kniaź? — zawołał po jakucku.