Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kniaź, który wraz z Jakutami obiadował przy drugim stole, zerwał się i wytarł usta.
— Słucham.
Stanął i uprzedzająco pochylił przed urzędnikiem swą okrągłą, krótko ostrzyżoną głowę.
— Co pan każe?
— Cóż ziemia dla... tego pana?
— Podaliśmy do gubernatora — wymijająco odpowiedział Jakut.
— Słyszałem — przerwał Aleksander. — Ale to nie należy do rzeczy... Dajcie przedewszystkiem, co mi się należy, a później skarżcie się...
— Przywiózł córkę i trzyma towarzysza, który nie zapisany w naszej gminie.
— Co do córki... to głupstwa gadacie, ale co do Jakóba Stefanowicza przyszło istotnie rozporządzenie.
Kazał pisarzowi wyszukać rzeczony dokument i wręczył go Jakóbowi. Ten czytał długo, a ręka mu drżała. Rozkazywano wrócić natychmiast na wyznaczone miejsce pod groźbą hańbiącej kary.
Zasiedatiel unikał ich wzroku; książę uśmiechał się szyderczo.
— Widzicie panowie — odezwał się zasiedatiel — jak to wszystko skomplikowane... właśnie skomplikowane — powtórzył z zadowoleniem. — Wy głosicie zasady, mówicie, że ludzie są równi, więc... ot... Rozumie się, rozporządzenia nie wypełnię... Gdybyśmy prawo ściśle spełniali... aj! aj!... Ale kto za to odpowie, gdy spytają?... Cicho, spo-