Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kojnie ja wiele mogę... Inaczej nie mogę nic... Im spokojniej, tem dla mnie lepiej... A skandale — wybaczyć proszę! Umywam ręce!...
— W takim razie muszą być skandale. Dziwna rzecz, odmawiasz nam pan tego, co się nam z prawa należy, a chcesz dać ulgi na osobistą odpowiedzialność.
— A dlatego, widzi pan, że prawa nie dla panów są napisane... — odrzekł urzędnik z dwuznacznym uśmiechem.
— Na co to się gniewać — odezwał się kniaź pojednawczo, siadając na ławie w pobliżu Aleksandra. — Nie kłóciliśmy się Bogu dzięki, dotychczas, nie będziemy kłócić się i dalej. Myślę, że gmina zgodzi się na pańską prośbę, jeśli ona istotnie na prawie oparta, ale na co się śpieszyć?... Na polach śnieg, do siewu daleko... W początkach wiosny będzie zebranie i wówczas rozpatrzymy ostatecznie pańskie pretensye... Czy zgoda? — zapytał, spoglądając na zasiedatiela. Ten potakująco kiwnął głową.
— Tak, tak... poczekaj pan do wiosennego zebrania, a teraz powiększą panu zapomogę... Obejdzie się wszystko bez hałasu, bez... kombinacyi... z honorem!
Aleksander spojrzał na pobladłą twarz Jakóba i gorzko się uśmiechnął.
— Jak długo, Inocenty Wasiliewiczu, ma pan zamiar tu zabawić?
— Bóg to wiedzieć raczy, kiedy sprawy puszczą...