Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czan i ty? Dawał i kniaź, ale o nic nie prosił i ja niczego mu nie obiecywałem... Czyż to nie grzech przypuszczać?... Czyż można mówić coś podobnego?... Toć człowiek umierać będzie!... Wstydźcie się!... Ludzi spytajcie!...
Wezwano świadków, wezwano kniazia; wszyscy stanęli cokolwiek wylękli pośród groźnego koła. Ale badania niczego nie wyjaśniły; dowiedziano się tylko, że Oltungaba odwiedzał namiot kniazia, tak jak i drudzy i korzystał z jego szczodrobliwości.
Kniaź zaklinał się, oba uszy gładził obiema rękami i z nadzwyczajną skwapliwością niezwykle szeroko opowiadał o swojej bezinteresowności, swoich zasługach, swojej gorliwości w interesach plemienia wobec władz i swojem poświęceniu szczególnie... w sprawie płacenia podatków.
Oltungaba opowiadał pogardliwie i monosylabami.
— Nie wierzysz mi, Selticzanie — zwrócił się nakoniec do starca. — Zapomniałeś, jakem ja ciebie kochał i uczył, kiedyś był chłopcem? Jakem ci radził w kłopotach, opowiadał o dalekich krajach, o starych dziejach... Czyż ja nie byłem rówieśnikiem twojego ojca?... jego przyjacielem wówczas, kiedyś ty jeszcze czołgał się po ziemi? A potem, kiedyś ty wyrósł, czyż nie pyszniłem się tobą, a ty, czyś rad moich nie słuchał? Kto wśród nas najpierwszym był wojownikiem i łowcem? Czyja mowa