Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zwlekać. I Bóg dość długo miał miłosierdzie nade mną — a jam spyszniał od tego... Aż jednej nocy zbudziłem się przerażony, z bijącem sercem... Nadsłuchuję... słyszę — coś niby strzał, niby głośne wołanie. Wysuwam głowę z pod nakrycia i znowu słyszę niby szum w lesie, niby dalekie wystrzały. Psy skowyczały i wyły, jak gdyby ujrzały niedźwiedzia. Wychodzę z namiotu, patrzę, — księżyc świeci, a w głębi doliny jakiś ogromny cień, minąwszy wzgórza, idzie w lasy. Psy przypadły do nóg moich, ja ręką zakryłem oczy, nie mogąc patrzeć. Serce tłukło się w piersi, niby ptak wylękły, nogi zdrętwiały od przerażenia.
— Och! — rozległo się westchnienie słuchających.
— I cóż? Sto reniferów padło naraz. Nie czekając dnia, tejże nocy ruszyliśmy dalej. Uciekaliśmy, nie zatrzymując się nigdzie, a stada nasze wciąż malały; więc rozdzieliłem je na trzy części i wyprawiłem w różne strony; po upływie kilku dni powrócił syn a za nim wkrótce córka — oboje z pustemi rękami. Postanowiłem wówczas uciekać na kraj świata, gdzie nikt nie chodzi. Ale czy jest gdziekolwiek takie, miejsce, gdzieby nikt przedtem nie był? Ze zdychających nie brałem niczego, nawet uździenic. Wszystko zostawiałem... A kiedy padł przodownik, nie zdjąłem ze łba jego wzorzystej przepaski, odziedziczonej po pradziadach.
— Ach!...