Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


żart i śmiech rzadko pojawiał się wśród rozmawiających, mrożony ogólnym chłodem.
Nie rozchodzili się jednak, oczekiwali niecierpliwie przybycia starego Selticzana, bez którego nie ważyli się rozbierać głównych spraw. Stary tymczasem nie przybywał.
— Nie jedzie stary, nie jedzie... i nie przyjedzie! — mruczał jeden z gromady, siedząc лvśród towarzyszy, kołem otaczających ognisko. Był to mężczyzna lat może pięćdziesięciu, na Tunguza nie wyglądający, otyły, po jakucku odziany i jakuckim srebrnym pasem opasany, z miną nadętą bogacza, znającego swoją wartość
— Komużbo pilno nawiedzać ginących!... — dodał jeszcze, odymając wargi.
— Przeznaczenia nie unikniesz — chmurno odezwał się, naprzeciw niego, po drugiej stronie ogniska siedzący starzec biednie odziany, jak miedź śniady, jak mech pomarszczony.
— To prawda! — przywtórzył mu trzeci. — Nie unikniesz... nie uchowasz się. Czyżem ja nie uciekał, nie chował się? I cóż stąd?... Wiadoma rzecz... — i, wzruszony, po raz setny może zaczynał opowiadać dzieje swojego nieszczęścia, którym za każdym razem przysłuchiwano się z równą uwagą.
— Kiedy nadeszła wieść o klęsce, znajdowałem się właśnie na szczytach Bur-Jangi i zabierałem się spuścić w doliny, alem się zatrzymał; zacząłem