Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ciemnieje nocami, gwiazdami nie błyska, ale nieustającą jaśnieje zorzą, co łączy zachód dnia uchodzącego ze wschodem następującego.
U słupa na polance w ciągu całego tygodnia gromadzi się lud, zbiera się starszyzna, schodzą naczelnicy rodów, poważni starcy i radzą nad ogólnemi potrzebami, odbierają podatek ze skór i rozdzielają ciężary.
A młodzież tymczasem weseli się; idą tańce zalecanki, urządzają się wyścigi. Po dolinie brzmi śmiech i krzyki, rozlegają się uderzenia topora, echa pieśni; ziemia dudni pod racicami rozpędzonych reniferów, w powietrzu świszczy rzemień „momoków“, zarzuconych na rogi przeznaczonych na rzeź zwierząt, a szklanne i srebrne ozdoby dzwonią na piersiach kobiet, pojawiających się wszędzie, gdzie jest praca, gdzie życie wre.
Tak bywało od czasów niepamiętnych.
Roku jednego wszakże zdarzyło się inaczej.
Na dolinie, jak zwykle, zebrało się dużo ludzi, ale gwar ich rozmów nie zagłuszał szumu rzeki, młodzież nie pląsała na majdanie, nie było widać reniferów rozpędzonych w gonitwie, ani słychać śmiechów i pieśni.
Wspólne narady nie udawały się także: ludzie małemi gromadkami zbierali się u oddzielnych namiotów. Twarze ich były smutne, spojrzenia mętne rozmowy leniwe. Tak umiłowany przez Tunguzów