Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Kobiety zalewały się wówczas łzami — ciągnął dalej, zachęcony współczuciem otaczających — ale kupcy rosyjscy tak radzą: nie zabieraj nic, bratku, „jego“ ofiarom, wszędzie „on“ znajdzie swoją własność, odszuka ją. Więc posłuchałem, wszystkom rzucił i uciekałem. Nakoniec zapędziłem się już tak daleko, żem się sam przestraszył... Być może, że nikt tam jeszcze nie był przede mną. Nigdzie drzew, ani krzewów nawet — tylko same kamienie, śnieg wszędzie... i wicher... Nie było można rozbić namiotu dla braku drągów, a posyłać po nie do lasu bałem się. Wykopaliśmy więc jamę лу śniegu pod zrębem skały i w niej gnieździliśmy się. Dobrze nam było, radość zaczęła powracać do serc naszych, bo mór ustał. Minął dzień jeden, drugi, a z renów żaden nie zachorował. W milczeniu strwożeni czekamy dalej... Nie tylko mówić o „nim“ unikamy, ale i myśleć, bo może i „on“ o nas zapomni! Reniferów nie spuszczamy z oczu i tam idziemy, gdzie one nas prowadzą, nocując, jak Czukcze wśród stada. Tak nam przeszedł czas jakiś. Żona zaczynała już się uśmiechać, ja sam myślałem, że wszystko już dobrze będzie, że z czasem przymnoży się bogactwa, aż znowu nagle obudziłem się w nocy targany niespokojnością. Księżyc świecił, jak wtedy i wszędzie dookoła jasno było i cicho. Reny zbite w kupę spały na śniegu, tylko tam na powietrzu wisiał cień jakiś, nie od kamieni idący, ale sam pojedyńczy...