Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Och!...
— Ostrożnie wysunąłem się z posłania, nabiłem broń i, nie odziewając się, nago zacząłem skradać się do „niego“. „On“ mnie nie zauważył — stał na kamieniach i przypatrywał się memu dobru. Ale, kiedym w pośpiechu zaszeleścił, nastawiając podpórki, obrócił i utkwił we mnie swoje ogromne gorejące oczy. Wystrzeliłem między nie... Co się potem stało — nie wiem. Czyli uderzył mię, czy też obrzucił swojem tchnieniem — nic nie wiem! Jak burza przeleciało coś nade mną, a kiedym oprzytomniał, nie miałem już ani jednego renifera. Tumara był nędzarzem...
Opowiadający umilkł, ręką machnął i, zerwawszy się na nogi, stanął z głową opuszczoną na piersi, z wyrazem bólu w twarzy.
Młodsi z otaczających podnieśli się także; tylko starcy nie ruszyli się z miejsca, a utkwiwszy wzrok w opowiadacza, czekali dalszego ciągu.
— No, i cóż dalej?...
Tumara podniósł głowę, otworzył usta, ale w chwili, kiedy wzrok jego, wybiegłszy poza obręb koła, zagłębił się w dal, na twarzy jego ukazało się zdumienie, usta zadrżały, a z oczu potoczyły się łzy. Wszyscy natychmiast obrócili się w kierunku jego spojrzenia.
W pewnem od ogniska oddaleniu, wsparty na grzbiecie białego, jak mleko, renifera, stał siwowłosy Tunguz w staroświeckim narodowym stroju.