Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Bgdąc w Jakucku miałem zdarzenie, — ledwie, że mnie nie zjadły... Tam ich dużo. Wyszedłem sobie rankiem na ganeczek, aby wypalić fajkę, wszyscy jeszcze spali, a niebo tylko co zapaliło się świtem. Po dziedzińcu kręciły się, kwicząc, świnie. Ja byłem młody i lubiłem figlować, kiedy więc zbiegły się dokoła mnie, pokazałem im „figę!“ Rzuciły się na mnie, jak szalone! — kończył ze śmiechem. — Ja na ganeczek, one za mną, ja na ławkę, otoczyły mię i chrząkają, a ja im wciąż pokazuję „figę...“ Na, na, na!
Spluwał w kułak i wyciągał go przed siebie.
Nagle skrzypnęły drzwi. Kobiety krzyknęły, parobcy zerwali się z ziemi, dzieci zapłakały.
— Ktoś idzie! Może „nucza“[1], a z nim świnia! Chachak zamilkł i cofnął wyciągniętą figę.
Wejście, jak zazwyczaj w jurtach jakuckich, umieszczone było z tyłu komina, jedynego źródła światła wieczorem; upłynęła więc dobra chwila naprężonej trwogi i oczekiwania zanim wyszedłem z ciemności. Tak, to był „nucza“, ale dobry znajomy, przyjaciel i w dodatku bez świni!

Twarze rozjaśniły się, ręce wyciągnęły, witając serdecznie, otwarcie, jak tu na północy zawsze gościa witają. Chachak roześmiał się, zrobił mi miejsce przed ogniem na ławie i rozkazał postawić na kominie czajniki.

  1. Nucza — Rosyanin.