Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Rozpowiadaj со i jak! — pytali.
Zacząłem opowiadać sąsiedzkie nowiny; wszyscy słuchali z uwagą, choć jak się okazało, dawno je już znali. Przyszedł towarzysz mej nocnej podróży i rozmowa stała się ogólną. Mężczyźni skupili się dokoła stołu, na którym żona Chachaka postawiła nam wieczerzę: miskę świeżego, kwaśnego mleka i całą górę suszonej ryby „jukały“.
Chachak stał u ognia i grzał plecy, nie mieszając się do rozmowy. Córka jego, młoda, dość piękna dziewczyna, postawiła na stole parę spodków i filiżanek białych, fajansowych i zaczęło się zwykłe przyjęcie jakuckie: herbata z mlekiem i zimną zakąską, a później gotowana wieczerza z ryby. Ghoć ofiarowany pokarm był bardzo smaczny, a my byliśmy dość głodni, nie podołaliśmy jednak wszystkiemu, co postawiono. Chachak zaraz to dojrzał i napadł na mnie ze zwykłą sobie szorstkością:
— Nie jesz? Sytyś?... Co to za nowa moda chodzić sytym w odwiedziny! Wy Słowianie jecie u ludzi jak ptaki, a przyjdziecie do domu i wołacie: żono, samowar! kocioł staw na ogień! Głodny jestem. Bezwstydni!...
Wszyscy śmiać się poczęli a stary nie mniej od innych. Zawiązała się rozmowa z początku ogólna o różnych krajach i zwyczajach, lecz wkrótce wróciła do palących miejscowych zagadnień.
— Cóż Andrzej? Płacze! A chłopaka niema ani śladu!...