Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Niema!
— Szkoda, tęgi chłopak!
— I nic nie znaleźli?
— Nie! Wszyscy sąsiedzi zeszli się szukać, szukali w jeziorach, szukali w lesie, szukali tydzień cały... niema i niema!
— Eee... Niedźwiedź pewnie! Mówią, zjawił się w dolinie, Kecherges widział go!... — burknął nagle przybyły ze mną rybak.
Przy słowie „niedźwiedź“ Cbachak, który stał w milczeniu u ognia i bawił się swymi palcami, podniósł nagle głowę. Wszyscy zamilkli i spojrzeli mimowolnie w jego stronę. Stara jego żona z niepokojem próbowała zwrócić rozmowę na inny przedmiot.
— Niedźwiedź! A gdzie go widzieli? — spytał nagle półgłosem Chachak, siadając na ławie.
— Eee... Kto go wie! Może i nie — odpowiedział zakłopotany rybak.
— Niedźwiedź! Zapewne... — zauważył powoli Chachak. — Nie znaleźli ani ciała, ani odzieży... Tak „on“ zazwyczaj zakopuje w ziemię resztki zdobyczy... zdrapuje nawet krew... Tak to „on“. Mówisz: Kecherges widział go? — spytał znowu rybaka.
— Łże!... — odrzekł tenże z niechcenia.
— O! „on“ mądry, chytry, a mściwy; musiał mu coś Andrzej zrobić, pochwalić się, lub co powiedzieć. On długo pamięta obrazę, więc wziął mu