Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Chachak sam nigdy się nie chwalił, nigdy nie opowiadał o swoich zwycięstwach, zawsze był skromny i milczący, jak przystało człowiekowi, który więcej może wie od innych; jednakże od przypadku, który ostatecznie zdarzył mu się na łowach, zupełnie się zmienił. Przestał polować i grać w karty, zbiedniał, zmarudniał i zdziwaczał — stracił wpływ i poważanie.
Jego jurta stała blizko brzegu, więc rychło znalazłem się u jej wrót. Wewnątrz palił się wesoły ogień i słychać było głosy rozmawiających. Nie spali więc jeszcze! Zbliżyłem się do drzwi i zajrzałem przez szczelinę. Przed ogniem twarzą zwrócony do mnie siedział Chachak i trzymał sieć, lecz jej nie wiązał, ale wyciągnąwszy rękę nieco przed siebie, opowiadał coś skupionym obok słuchaczom. U jego nóg małe, nagie dziecko bawiło się mosiężną okówką noża, wiszącego w drewnianej pochwie, przyszytej do jego skórzanych spodni, роwyżej goleni prawej nogi. Sam Chachak był bardzo ożywiony: pochylał się co chwila ku słuchaczom i stukał potężną piętą w glinianą podłogę chaty.
— Oni brzydzą się jeść koninę, a jedzą świninę!... — opowiadał — a przecież koń jest to bardzo czyste i rozumne zwierzę!...
— O, tak!... — potwierdzili słuchacze.
— A świnia? Widziałem ją!... Obrzydliwa! Sierść nie rośnie na niej żadna! Goła, brudna, głupia i zła! Uszy ogromne, ogon cienki, jak wąż się wije; oczy maleńkie, a zęby jak u psa! A złośliwa!...