Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przekładał polowanie na niedźwiedzia, a chodził na nie latem i zimą z oszczepem i gwintówką, bijąc w polu lub na barłogach gdzie i jak się zdarzyło. A był tak pochopny do owych bojów, jak i do kart. Niech tylko zasłyszy o niedźwiedziu, już spać nie może, już się męczy i gniewa i marudzi, póki nie wyrwie się z domu, nie wytropi, nie zabije zwierza! Nieraz zaproszony przez łowców, którzy wynaleźli gniazdo z kilkoma bestyami, palony gorączką myśliwską, nie mogąc doczekać się ranka, wymykał się szarym świtem na koniu sam z wiernym psem, spiesząc na wskazane miejsce, — gdzie go zwykle znajdowano bladego, obryzganego krwią z cielsk walających się na ziemi „panów lasu“. Towarzyszom nie pozostawało nic, jak zjeść po kawałku surowego serca i wątroby zwalczonych, wypić po czarce krwi i wykrzyknąć głośno trzykrotnie, zwycięzkie „uch“. Wszystkie oczy zwracały się wtedy na Chachaka, który niby obojętny, choć zmieszany a dumny, chylił czoło, otoczone aureolą bohaterstwa. Przecież to on zabił niedźwiedzia „z ogonem“, który, jak wszystkim wiadomo, nie był niedźwiedziem, ale dyabłem. Czyż nie on zabił „lodowego szatuna“[1], który prześladował ludzi, porywał bydlęta, a którego nie imała ni kula, ni oszczep?

  1. Niedźwiedź obudzony w zimie nie kładzie się już, staje się bardzo zły, krwiożerczy, rzuca na ludzi. Namarznięty na sierści lód i szron okrywają go twardym brzęczącym pancerzem.