Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Był — niechętnie odpowiedział Jakut. — Głupi ludzie! bardzo głupi!...
Nieznacznie rozglądał się po jurcie swemi dziwnemi oczyma, za które przezwano go „Żabiem Okiem“.
— Dziewczynę przywiozłeś? — spytał, zniżając głos.
— Przywiozłem.
— Ziemi będziesz żądał?
Aleksander nachylił się i zaczął poprawiać placek.
— Myślisz, że ci żałuję? — rzekł Jakut. — Bierz ile sił starczy, będziesz miał dobry kawałek chleba... Ziemia tutaj urodzajna, oj, u-ro-dzaj-na!... My, biedni, też się przy tobie pożywimy. Robota będzie, pieniądze będą!...
— Słuchaj, „Żabie Oko“, nie wiesz, ktoby się zgodził zrobić koryto?... Takie duże, żeby można było dziecko kąpać, bieliznę prać...
— Takie koryto! możebym i ja podołał...
— A łódkę?
— Naco ci łódka? Drogo będzie kosztowała. Prawdziwej łódki nikt nie zrobi prócz Tusa.
— Płużysko wyciąłeś mi?
— Wyciąłem, schnie. Możesz zabrać.
— Przynieś mi. Teraz nie będę mógł często z domu wychodzić.
— O tak! Przyniosę. Słuchaj, Liksandra, moja kobieta przysyła dla twojej dziewczyny gościńca. Dziecko będzie tęsknić do mleka... Biedna sie-