Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cia, więc biorę ziemię. Niech się obrażają, później się przeproszą. Ja mam prawo do tego i nie ustąpię. Mam zresztą córkę, taką dobrą, jak i inne dzieci — zakończył tonem stanowczym.
Jakób siedział ze spuszczoną głową. Czuł, że między nimi zaczął się wznosić mur, którego żadne nie mogły obalić dowodzenia, milczał więc i było mu przykro.
— Ognisko domowe!... zawsze i wszędzie to samo... — rzekł sobie w duchu.
Nie rozmawiali dłużej i uścisnąwszy sobie dłonie poszli spać.
Aleksander jak zwykle wstał pierwszy. Sypiał mało. Zajrzał do konia, rzucił mu siana, narąbał drzew, rozniecił ogień, czajnik postawił, ciasto zagniótł na placek, a Jakób i Zosia wciąż jeszcze spali; siadł więc przed kominem i doglądał piekącego się podpłomyka. Ajaks umieścił się tuż przy jego nogach, i zmrużywszy oczy, odwracał od ognia dużą swą głowę. Nagle nastawił uszy, otworzył oczy i zawarczał. Drzwi zlekka stuknęły.
— Trzymaj psa, cudzoziemcze!
— Cicho, obudzisz dziecko... Ajaks pst?...
Zgarbiony i pokorny wszedł Jakut ubogo odziany, z dużą głową i niezwykle wypukłemi oczyma.
— Jak się masz? Co słychać? Mów!... Siadaj! — witał go podaniem ręki Aleksander.
— Co ma być! Nic nie słychać!...
— Cośkolwiek a słychać! Siadaj... Zasiedatiel był?