Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rotka!... — mówiąc to, wyjął z pod poły nieduże wiaderko z kory brzozowej i podał mu je.
— Ojcze, kto to taki? — zaszczebiotała rozbudzona Zosia.
Siedziała na pościeli i uważnie przypatrywała się Jakutowi. Ojciec wziął ją na ręce, zaniósł przed ogień i począł ubierać. Złociste włosy, koszulka europejska i biała, rączki pulchne i gołe, rumiana buzia, wszystko to zaciekawiło sąsiada. Przysiadł się bliżej i czarnym, zgrubiałym swym palcem dotknął ubrania i ciała dziecka.
— Go ona jada? — spytał z namysłem.
— To samo. co i wszyscy.
— Och!... och!... — wzdychał. — Słuchaj, cudzoziemcze, czy nie przywiozłeś czasem soli i herbaty?... Bardzo soli potrzebuję... Cielęta mają biegunkę; dwa zdechły.
— Soli sam potrzebuję. Nie byłem w mieście... Trzeba będzie poprosić Kapitona. Czy on ma mydło, nie wiesz?
— Kto go wie. Pewnie ma. Bogaci są ludzie, może się i myją!
Aleksander ubrał Zosię i obudził Jakóba.
— Wstawaj, śpiochu! Herbata na stole!
— Dawno już nie śpię — upewniał tenże.
— Ładnie nie śpisz! Takeś chrapał, że aż Żabie Oko zląkł się, myśląc, iż to Ajaks warczy.
— Nie czekajcie na mnie.