Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ubierał się leniwie, a oni tymczasem zasiedli do stołu.
— Przyjdź później, Żabie Oko, proszę cię, i przynieś z sobą drąg żelazny. Trzeba oczyścić przerębel... Zamarzła w czasie mojej nieobecności. Siekierą wody nie dostaniesz... — mówił Aleksander Jakutowi na odchodnem. — Maję przyprowadź albo lepiej, przyszlij zaraz; muszę jechać do Kapitona.
— Nie zapomnij wziąć i dla mnie soli.
— Nie zapomnę. Maję wypraw natychmiast.
Wkrótce po jego odejściu zjawiła się Maja, dziesięcioletnia córeczka Żabiego Oka, ładna, ale strasznie brudna i oberwana Jakutka.
— Dziecka i ja mógłbym dojrzeć! Na co tu ona?... — zaprotestował Jakób.
— Pierwszy dzień — nudzić się będzie. Niech się pobawi, pozna swoich sąsiadów, — tłómaczył się Aleksander. Kazał Majce umyć się, podarował jej swoją koszulę, z tym warunkiem, aby ją natychmiast włożyła i polecił nie odchodzić od Zosi. Dziewczynki wyprosiły sobie pozwolenie odprowadzenia go nad brzeg jeziora.
Dolina, w zachodnim kącie której stała sadyba Aleksandra, przedstawiała obszerną, podługowatą równinę. Jezioro długie, Avazkie niby rzeka przedzielało ją na dwie części. Tę, gdzie mieszkał Aleksander, prawie całkowicie wypełniał mokry „kałtus“ z ogromnemi kępinami, wyglądającemi z pod śniegu, niby okrągłe brukowce źle wybruko-