Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tumara umilkł, głowę spuścił i znowu prawą ręką pogładził się po prawem uchu. Otaczający milczeli. I w owej chwili natężonej uwagi wydało im się, że słyszą plusk każdej oddzielnej fali w rzece, uderzenie każdej gałązki w lesie, wichrem kołysanej. Nagle, wpośród tych jednostajnych dźwięków zabrzmiał inny, odrębny odgłos, który wszystkie twarze rozjaśnił, wszystkie głowy obrócił w tę stronę, skąd dolatywał.
Syn Selticzana, młody Miore, pochylił się do ojca i szepnął:
— Ojcze, nasi idą!...
— Tak, idą!...
Rzeczywiście nadchodził tabor.
Starzy pozostali na swoich miejscach, ale młodzi jeden po drugim wysuwali się z koła, gromadnie zbierając się na skraju zarośli, skąd lepiej było widać cały oddział, ukazujący się w skalistych wrotach doliny.
Przodem, na ciemno-płowym reniferze jechała młoda dziewczyna. Bogato srebrem ozdobiona jej odzież kazała się domyślać, że kochaną i pieszczoną była w rodzinie. W ręku trzymała „oszczep-palmę“, na głowie na rozpuszczonych włosach miała przepaskę, wyszywaną kolorowymi paciorkami. Jadąc, oczyszczała drogę, ścinała gałęzie i sęki, które mogły zaczepić o juki lub odzież postępujących za nią. Kiedy podnosiła oręż, promienie słońca płomiennymi błyskami odbijały od stalowej powierzchni