Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Podróż jednak okazała się trudniejszą, niż się spodziewałem. Zmuszony byłem co chwilę skakać i czepiać się zarośli, wymijając głębokie, wązkie studnie, ocembrowane pniami zwalonych setki lat temu drzew, a zdradziecko ukryte pod zarastającemi je mchami i ziołami, pełne wody o ślizkiem lodowatem dnie, gdzie wpadając nieostrożny przechodzień, łatwo mógł skręcić kark, lub połamać nogi. W wielu miejscach sączyły się bagniste strumienie o niewyraźnem korycie i brzegach płytkich, lecz grząskie i trudne do przebycia, wskutek zawalających je pni i gałęzi. Gęsto po lesie rozrzucone „wykroty“, z korzeniami sterczącymi ku górze, okryte ziemią i mułem, tworzyły o zmroku, gdy wszystko tak niewyraźne przybiera kształty, pokręcone, dziwaczne figury. Białe plamy „jagielu“, świecące w ciemnościach u ich stóp, podobne do olbrzymich szmat porwanego całuna, uwydatniały i podwajały jeszcze dzikość ich kształtów; nic więc dziwnego, iż krajowcy widują tu często przy purpurowem świetle zorzy, lub w blasku księżyca błądzące postacie, wysokiego „leśnego dyabła“, lub czarną sylwetkę słowiańskiego Strzelca „siatuna“, co przyszedł z południa i włóczy się obecnie w pobliżu chat jakuckich, polując na ich bydło.
Biada okolicy, gdzie minął jego cień: od jednego wystrzału zabija on niekiedy po 50 do 200 sztuk zwierząt. Straszna ta broń południowa, szczególniej gdy jej używa dyabeł! Tego wieczora nie spotka-