Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zaczniemy po porządku, według punktów... Imię pana i jego ojca?
Aleksander pomyślał chwilkę, poczem zażądał blankietu i własnoręcznie począł wypełniać rubryki.
— Zna pan zesłańca Pałkina?
— Pałkina? Nazwisko gdzieś słyszałem, ale gdzie nie pamiętam.
— Wprowadzić — dał znak głową Jakutom.
Po chwili, brzęcząc łańcuchami i szeroko rozstawiając zakute nogi, wszedł do jurty chłop wysoki, barczysty w nowym aresztanckim kożuchu. Na rękach miał kajdany i dwóch Jakutów przytrzymywało go za łokcie. Podszedł do stołu i spojrzał posępnie na Aleksandra, w którego pamięci coś niejasno zamajaczyło. Zdało mu się, że naprawdę gdzieś widział tę konopiastą brodę, krzywe, wązkie usta i zielone biegające oczy. Ale gdzie?... nie mógł sobie przypomnieć. Starał się, we wspomnieniach grzebał, a zielonawe oczy patrzały nań wyczekująco.
— O co go obwiniacie?
— Zaczekaj pan... po porządku, według punktów. Widział go pan kiedy, czy nie?
— Zdaje się... Nie... nie wiem.
Wąs więźnia ruszył się i drgnął.
— Więc pan nie widział... A on powiada, że tego miesiąca... dnia...
— Szóstego — pośpiesznie odpowiedział pisarz.
— Tak, szóstego... był u pana i, że pan nie przy-