Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/204

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zasiedatiel tęgi, rosły mężczyzna, miał twarz czerwoną, piegowatą, wąsy rude, krótko podstrzyżone i faworyty. Z pod rozpiętego, ciemnego munduru wyglądała koszula perkalowa, w różowe kwiatki. Od niechcenia bębnił palcami po stole i wstawiał uwagi i poprawki w ruskie tłómaczenie spisywanego protokołu.
— Jakże się miewacie, panowie! Jakże wam czas upływa? Wy, Aleksander Iwanowicz, — zwrócił się do Aleksandra — wytrwale bombardujecie wciąż Zarząd okręgowy prośbami. Ej, zły wybraliście czas! Słyszałeś pan, co oni znów tu narobili?... Szelmy, Azyaci... nie chcą nas... i tyle! — roześmiał się.
Aleksander zrozumiał ironię w tonie urzędnika Sybiraka, ale milczał.
— Cóż Fieodorycz, skończyłeś?... — Kończże nareszcie!...
— Skończyłem — kiwnął głową pisarz.
Zapisane papiery położył na bok, wziął czysty arkusz, poprawił pióro i utkwił nieruchome oczy w Aleksandra.
— Pozwól, Aleksandrze Iwanowiczu, że zaczniemy od ciebie. Twoja sprawa ważniejsza. Sprawa Jakóba Stefanowicza nie warta plunąć. A pana spytać muszę w kwestyi tatarskiej.
— W kwestyi tatarskiej!... Jakiż ja mam z nią związek?
— O bardzo mały, ale zawsze... Natychmiast...