Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Witaj, panie, — pierwszy oprzytomniał Mailach. — Pewnieś czego zapomniał... I dobrze się stało, bo ot, wrócił i kniaź.
Aleksander był wzburzony, ale nie okazywał tego.
— Proszę was — zwrócił się grzecznie do kniazia — przedewszystkiem zająć się moją sprawą. Po to przyszedłem, a śpieszę się, by przejść rzekę jeszcze przed nocą.
— Jaką sprawą?
— O ziemię. Dlaczego kniaź udaje? Cały dzień się chował, a teraz wykręca.
Jakut zaczerwienił się i podniósł głowę.
— Nic złego nie zrobiłem, abym się miał chować. Cudzego nie pragniemy. Niema odpowiedzi od gubernatora, więc sprawy nie możemy załatwić.
— Co za odpowiedź! Wszakże wy prosicie w podaniu do gubernatora, aby stąd wypędzono moją córkę. Ja zostać mam przecie. Z miasta przysłano wam trzy rozkazy; w ich liczbie jest rozkaz od gubernatora, wiem dobrze.
— Na tamte myśmy odpowiedzieli.
— Więc odmawiacie? Przecież kniaź sam mi radził zaczekać na ten wiec!
W głosie Aleksandra drżał stłumiony gniew.
— Cóż ja mogę?... — odpowiedział Jakut. — Rozkazuje gromada. Każą — dam... Ale dokoła ciebie ziemia zajęta. Tam ma grunta Kapiton, a on się nie zgadza...
— Czy się zgadzam, czy się nie zgadzam... moje,