Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/301

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łagodny wietrzyk głaskał je i dźwigał, szeleszcząc długimi ich wąsami. — W duszy Aleksandra zadrgało bólem uczucie. Tu on znał każde źdźbło, każdy kłos, sam pełł je i pielęgnował, każdą niemal grudkę ziemi własnemi przecierał rękami; na każdym wbitym kołku zostawił cokolwiek własnej duszy i ciała! Odejdzie, a piołuny znowu pole zarosną, płot Żabie Oko zabierze i na kominie spali. Nic po nim nie zostanie... prócz legendy, że był tu ongi obcy szatan, co ziemię chciał zabrać Jakutom, nie spał po nocach, błądził i straszył, a miał córkę złoto-włosą i złego, czarnego psa.
Machnął ręką i ruszył naprzód szerokim, żołnierskim krokiem, chyląc się mocno pod ciężarem swoim na plecach.
Nawałnica wygładziła ścieżynę. Pierwsze dziesięć wiorst przeszedł swobodnie, ale im dalej zapuszczał się w las, rósł upał i droga stawała się coraz gorszą. Uszedł jeszcze trzy wiorsty i poczuł, jak strasznie wyczerpują się jego siły.
Dziecko nie wracało do przytomności, rozpalone jej ciałko piekło go w plecy, jak zarzewie; końce pledu wrzynały mu się w odparzone ramiona. Wszystkie drobiazgi, tak lekkie przy wyjściu, nabrały ciężkości ołowiu, zaczęły przeszkadzać i odzież w dół ciągnąć. Gdzie mógł oprzeć się, stawał i odpoczywał choć chwilkę, ale myśl o powrocie ani przychodziła mu do głowy. — Uszedłszy trzecią