Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/302

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


część drogi, zatrzymał się dłużej, rozniecił ogień, posilił się i zrobił herbaty.
Dalsza droga prowadziła między górami. Drożyna biegła po spadzistości. Wysoki, gęsty las wznosił się z obu stron, a tam — na dole, w głębi błyskała woda między wierzchołkami drzew i falami zieleni. Słońce zachodziło w parowie. Chciał na noc zatrzymać się nad brzegiem wody. Szedł raźno, mniej czując rany i odparzenia na nogach.
Stanąwszy nad rzeczką, nałamał przedewszystkiem modrzewiowych gałązek i urządził Zosi posłanie, poczem rozpalił ogień i postawił Ajaksa na straży przy dziecku, a sam poszedł w zarośla, gdzie widział przed chwilą kuropatwy. Wkrótce powrócił z jedną i miał smaczną wieczerzę. Dziecko nic jeść nie chciało. Noc przesiedział oparty o drzewo, zdjął tylko obuwie, aby ochłodzić stopy, broń położył przy sobie, a śpiącą dziewczynkę trzymał na ręku, bojąc się ją położyć na wilgotnej ziemi. Ajaks cisnął się także do niego, wystraszony niezwykłością otoczenia. Kilka razy wydało mu się, że słyszy wycie, głosy jakieś w zaroślach i podejrzany plusk i trzask nad rzeką. Kładł wówczas dziecko na trawę, dorzucał świeżych gałęzi na ogień i z odwiedzionymi kurkami, a mocno bijącem sercem słuchał i wpatrywał się w ciemności.
O wschodzie słońca ruszył dalej. Upał był straszny, on czuł się tak wyczerpany, że chwilami myślał, iż nie dojdzie. Najcięższym jednak do prze-